wychodzenie-ze-strefy-komfortu-czy-akceptacja-siebie

Co było pierwsze: wychodzenie ze strefy komfortu czy akceptacja siebie?

Gdybym napisała tytuł „Czy wygląd zewnętrzny ma związek z akceptacją siebie?” z pewnością uznałabyś, że ten artykuł będzie banalny, bo oparty na tezie oczywistej. Z moich rozmów z kobietami jednoznacznie wynika, że większość z nas ma kłopot z daniem sobie przyzwolenia na realizację własnych marzeń i potrzeb. Dla każdej z nas ma to inny wymiar. Nie ma znaczenia, czy odmawiasz sobie regularnych wizyt u kosmetyczki, drogiego ciucha czy wyjazdu z koleżankami na weekend w Tyrolu. Często też dorabiamy sobie sztuczne teorie uzasadniając, dlaczego odmawiamy sobie tego czy tamtego, dlaczego potrzeby innych osób stawiamy jak o priorytetowe. Najczęściej robimy to z lęku przed wyjściem poza strefę komfortu.

Potrzeby wynikają bezpośrednio z naszych wewnętrznych wartości. Tam, gdzie życie spójne z wartościami – pojawiają się pozytywne emocje. Tam gdzie spójności brak – czujemy frustrację. Kiedy akceptujesz siebie z łatwością łączysz swoje potrzeby z wartościami. Bez trudu zaczynasz układać w priorytety to, co ważne, a co więcej – naturalnie wpisujesz w tę hierarchę potrzeby innych bez zaniedbywania własnych. Wtedy też wychodzisz ze swojej ciepłej dziupli znacznie odważniej.

Jak dojść do takiego etapu?

Dochodzenie do akceptacji siebie to proces wewnętrznego dojrzewania do tego, by czuć się dobrze ze sobą. Akceptacja siebie jako taka jest wciąż wystawiana na próby przez otaczających nas ludzi i sytuacje, w których się znajdujemy. Akceptacja siebie zwiększa wiarę we własne możliwości i moc sprawczą, więc łatwiej wówczas wychylać się poza strefę komfortu i z ciekawością patrzeć, co interesującego czeka za rogiem. Kiedy moje klientki są w procesie i poszukują w sobie akceptacji, stoi przed nimi znacznie trudniejsze działania – muszą wystawiać głowę w strefę nauki nie czując do końca wewnętrznej siły. Wtedy mogą pomóc tak zwane „wspomagacze”.

Jednym z najbardziej fantastycznych sposobów na podniesienie poczucia własnej wartości jest zadbanie o wygląd. Ale i tu tkwi haczyk.

Świetnym przykładem są tu programy w telewizji przedstawiające metamorfozy kobiet. Bardzo lubię je oglądać i za każdym razem zachwyca mnie, jak niewiele trzeba, by kobieta poczuła się piękna… zewnętrznie. Często w tych programach pokazane są uczestniczki, które po swojej metamorfozie godzą się zrobić coś spoza swojej strefy komfortu – od randki z nieznajomym po nagą sesję zdjęciową czy udział w bieliźnianym pokazie mody. Pozostaje wciąż we mnie pytanie – jak bardzo trwałe są te przemiany?

Nie mam wątpliwości co do tego, że piękny strój, fryzura i makijaż poprawiają pewność siebie. Jakie warunki muszą być spełnione by ten efekty był trwały?

Przez wiele lat uważałam, że pewność siebie i wiara we własne możliwości zaczyna się w środku. Truizm, prawda? Ci, którzy mnie znają, potwierdzą, że jestem jedną z najbardziej pewnych siebie osób, które spotkali na swojej drodze. Nie raz słyszałam nawet, że bywam bezczelna. Przez wiele lat pracowałam nad własnym poczuciem wartości, a przy okazji dewaluowałam znaczenie wyglądu zewnętrznego. Taka postawa ma swoje źródło w mojej przeszłości (jak wiele innych postaw i przekonań), ale nie będę dziś o tym pisać. Ważne jest, że w pewnym momencie zaczęłam odbijać się  od ściany. Doszło do tego, że mój wygląd zewnętrzny, przez lata spychany na dalszy plan (w końcu zawsze są ważniejsze wydatki niż ciuchy!), zaczął ograniczać moje sukcesy. W tym momencie przyznałam sama przed sobą, że marzę o oddaniu się w ręce stylistki.

Zaczęłam analizować w sobie moje spostrzeżenia, uczucia, potrzeby i zestawiać je z wartościami. Wreszcie doznałam olśnienia! Odkryłam, kolejny puzzel mojej wewnętrznej układanki.

Jedną z moich wartości wewnętrznych jest szacunek. Zrozumiałam, że nie dbając o swój wygląd zewnętrzny, nie szanuję siebie. I wszystko zaczęło co siebie pasować. I jak to w życiu bywa, właśnie w tym momencie, pojawiła się w moim otoczeniu Julka Nikitina (www.nikitina.pl). Cóż więc mogłam zrobić innego? Oddałam się w jej ręce z pełnym zaufaniem.

Najpierw Julia rozprawiła się z moją szafą. Trochę drżałam w środku, gdy stare ubrania (nawet te, które niedawno kupiłam), jedno po drugim lądowały na kupkach: oddać i wyrzucić. Wieszaki pustoszały, a lęk przed nieznanym zaczynał stopniowo przekształcać się w… ulgę. Okazało się, że wcale nie jest tak źle z moim zmysłem estetyki, za to kompletnie nie znam się na jakości ubrań. Pierwsza blokada – lęk przed krytyką – upadła dzięki taktowi, delikatności, ale też stanowczości Julki.

Wtedy wyłonił się ze mnie kolejny lęk. Niby wiedziałam, że zmiana wizerunku będzie kosztować. I co z tego? Tak jak się można było spodziewać, w głowie odezwał się znajomy przyjaciel i zaczął swoje gadki. „Wyrzuciłaś swoje ubrania, ciekawe za co kupisz następne…”, „Tak, tak, wydaj kasę na ciuchowe fanaberie, a będziesz jeść chleb ze smalcem…”, „Całe życie mówiłaś wszystkim, że wygląd nie ma znaczenia, chcesz wyjść na idiotkę?” i tak dalej, i tak dalej. Dużo determinacji wymagało ode mnie zostawienie tych głosów w domu, kiedy szłam na pierwsze zakupy z Julią. Wystarczyło przymierzyć dwie, trzy, cztery stylizacje zaproponowane przez Julię, by krytyk wewnętrzny zaniemówił. Na własnej skórze przekonałam się, że detale mają znaczenie. I to ogromne! Zaczęłam nie tyle uczyć się co czuć, co znaczy dobrze wyglądać.

Właściwie tu mogłaby się skończyć moja przygoda ze stylistką, jednak Julka poszła dużo dalej. Zorganizowała dla mnie sesję zdjęciową. Co z tego, że widziałam siebie w lustrach przebieralni? Kiedy zobaczyłam zdjęcia z sesji, poczułam się jak fotomodelka. Mogłam sobie wmawiać, że to zasługa Julii, która cudownie dobrała stylizacje. Mogłam sobie wmawiać, że to zasługa Sylwii  Dynerowicz, która mnie uczesała i umalowała. Mogłam sobie wmawiać, że to zasługa Ani Drozd, jej aparatu i Photoshopa. A jednak to ja byłam modelką. Ja – przeciętna dziewczyna, która poczuła się dobrze we własnej skórze – nie tylko tej wewnętrznej, ale też zewnętrznej.

Po co opisuję moją historię? Oczywiście, że wraz z moimi zdjęciami i stylizacjami jestem chodzącą reklamą tego, co potrafią zrobić wymienione wyżej dziewczyny. Oczywiście, że na pytanie o stylistkę, wizażystkę czy fotografkę, będę bez mrugnięcia okiem i cienia zażenowania polecać ich talenty i usługi. Ale nie o to w tym artykule chodzi.

Przede wszystkim chciałam Ci pokazać na własnym przykładzie, że:

- praca nad sobą to ciągły proces, nie ma znaczenia, czy zaczęłaś wczoraj czy tak jak ja wiele lat temu – zawsze będzie coś, co będziesz chciała poprawić i to jest ok; dostrzeganie obszarów do udoskonalania nie zaburza akceptacji siebie, a wręcz przeciwnie – pomaga ją skutecznie zwiększać,

- krytyk wewnętrzny jest w nas zawsze (u mnie zmienił teraz swoją śpiewkę i próbuje mi udowodnić, że mój piękny wygląd był tylko chwilowy, że nie będę potrafiła go utrzymać na stałe). Ale kiedy mamy świadomość tego, przed czym próbuje nas ochronić, umiemy konstruktywnie wykorzystać jego obecność u naszego boku.

- zawsze jest jakaś strefa komfortu i jakieś lęki związane z wychodzeniem poza nią. Świadomość własnych ograniczeń pomaga nad nimi pracować (ja aktualnie uczę się korzystać z lokówki stożkowej ;).

- Najważniejszy jednak wniosek, który mam jest następujący: kiedy nie akceptujesz siebie, zmiana wizerunku będzie jedynie kolejną maską, którą nakładasz. Możesz wyglądać jak z żurnala, ale jeśli nie pracujesz nad akceptacją siebie, jeśli nie poznajesz swojego wnętrza, nie stajesz oko w oko z własnymi lękami – wygląd zewnętrzny przyniesie Ci tylko chwilowe ukojenie.

- Praca nad własnym wizerunkiem jest istotna. Trzeba jednak wiedzieć, po co się na nią decydujemy, czego konkretnie oczekujemy i jakie korzyści ma nam przynieść. Pragnienie odnalezienia odpowiedzi na to pytanie pomoże Ci zaspokoić mój 10-dniowy kurs on-line "ZACZNIJ OD SIEBIE".

 

Tak dziś widzę związek wyglądu zewnętrznego z wychodzeniem ze strefy komfortu. Jestem bardzo ciekawa, czy się ze mną zgadzasz czy masz odmienne opinie lub doświadczenia? Nie wahaj się podzielić nimi w komentarzu.

Pamiętaj:

Jesteś wystarczająca taka, jaka jesteś.

Nie daj sobie wmówić, że masz być taka jak inne.

BĄDŹ PO SWOJEMU!

artecoaching warszawa Katarzyna Bogusz-Przybylska ARTECOACH (podpis)